Kategorie: Wszystkie | SCD | Wells | rozne | turystyka
RSS
wtorek, 07 sierpnia 2007
Znow w domu

W sobote wrocilismy do Anglii po tygodnoiwym urlopie w Polsce. Fajnie bylo zobaczyc stare katy, ale ciesze sie, ze jestem z powrotem w domu...
Pobyt w Polsce byl na wariackich papierach. Zaczelo sie od tego, ze postanowilismy pojechac tam autem. Dobrze, ze volvo jest wygodne, bo inaczej nie wiem jak bysmy te jazde wytrzymali. 26 godzin w strugach deszczu. Padalo od Bristolu az do polskiej granicy - gdzie dla odmiany zaczely sie korki. W Krakowie bylismy wieczorem - padneci i nieprzytomni, tylko dzieci od razu nabraly sil i uciekly do znajomych.
W niedziele wizyta u rodzicow Wlo, milo i sympatycznie.
A od poniedzialku - zabawa! Najpierw dentysta dla Wlo, potem robienie zdjec paszportowych dla Kat i Marcina, likwidowanie konta w banku i cale popoludnie spedzone u okulisty. Oczywiscie szkla do wymiany, Wlo tez sie doczekal swoich pierwszych okularow korekcyjnych. Wieczorem dentysta - tym razem dla mnie. Trafilam na jakas straszliwa dentystke, co nie dosc ze do mnie "dziubdziala" jak do malej dziewczynki, to jeszcze wygladala jak czarownica z ogromna brodawka na wardze, a na dodatek wiercila bez znieczulenia czego nie cierpie i uszkodzila mi chyba szkliwo na zebie obok. Jak polece we wrzesniu po dzieci o musze to skontrolowac, ale na pewno nie u tej pani...
Wtorkowy poranek spedzilismy w Biurze Paszportowym, o dziwo nie bylo duzej kolejki, ale swoje odstalismy... Potem troche jezdzenia po miescie i zalatwiania roznych spraw, po poludniu zawiezlismy kuzynke na operacje kolana i wreszcie troszke luzu. W srode - przedpoludnie spedzone z pania od naszych licznych ubezpieczen emerytalnych. Czesc skasowalismy, czesc zmienilismy na inne, zobaczymy co z tego finalnie wyjdzie... Popoludnie - towarzyskie - wpadlam do bylej pracy, jednej i drugiej, kupilam duzo ksiazek, pogadalam... Wieczorem piwko ze znajomymi a Wlo - ryby z tesciuniem :)
Czwartek zmeczyl nas chyba najbardziej - odebrac nowe okulary i nowe szkockie baletki (okazuje sie, ze jednak w Krakowie lepsze :) Szczerze mowiac wole wydac rownowartosc 20 funtow na ghillies robione na miare w Akcesie niz 25 za byleco u Briana...), potem jeszcze jedna wizyta u pani od ubepieczen, szybkie zakupy i wizyta u tesciow... Pakowanie...
W piatek zamiast dzieci zabralismy do autka moja sis i nasza przyjaciolke z pracy i ruszylismy do domu. Nocleg w Hilversum pod Amsterdamem u przyjaciol z HoI.
A w sobote zdazylismy po drodze zrobic zakupy spozywcze we Francji, przez tych pare lat zdazylam zapomniec ile mozna u nich wspanialego jedzenia kupic... I lepiej nie porownywac francuskich sklepow z angielskimi...
Podczas przeprawy promowej mozna sie bylo poopalac, klify Dover lsnily oslepiajaco w slonecznym blasku. Brytania powitala nas upalem i piekna pogoda - juz zapomnialam jak pieknie tu jest gdy swieci slonko :)
Ale zeby nie bylo za dobrze - pierwszy deszczyk pojawil sie w niedziele, a dzis pogoda wrocila do przedwakacyjnej normy...
Dzieci w domu nie ma, cisza, spokoj i ogolnie luzik. W pracy spedzac wiecej godzin - sprzatam po osobach, ktore mnie zastepowaly, juz drugi dzien - i dalej trafiam na biografie wsuniete na polke z fikcja... i przewodniki brytyjskie powkladane ladnie do tych 'zamorskich'... Wrrrr!
Ale i tak dobrze byc w domu...

Biale klify Dover. Nie widzialam ich dobre 7 lat...Wtedy nawet nie osmielalam sie marzyc, ze Albion zostanie kiedys "moja" wyspa...
19:44, witch.abroad , rozne
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lipca 2007
Dartmouth
Jakis czas temu wymienilismy vouchery z tesco na roczne czlonkowstwo w English Heritage. Ale tak sie zlozylo, ze dopiero w ostatnia niedziele udalo nam sie pojechac po raz pierwszy na wycieczke do jednego z obiektow nalezacych do EH.
Wybralismy zamek w Dartmouth, znajdujacy sie, jak sama nazwa wskazuje, przy ujsciu rzeki Dart. Pierwsze fortyfikacje w tym miejscu zostaly zbudowane w XIV wieku, potem kolejne umocnienia - w tym - podstawy pod armaty - dodal Henryk VIII. Kolejne elementy powstawaly pod koniec XIX wieku i w czasie II wojny swiatowej. Zamek nigdy nie zostal zaatakowany, zachowal sie w bardzo dobrym stanie. Twierdza jest niewielka, ale bardzo malowniczo polozona. Na drugim brzegu rzeki - blizniacza forteca:

W dawnych czasach obie twierdze byly polaczone lancuchem, w razie ataku z morza lancuch sie podnosilo, co pozwalalo na zatrzymanie wrogich okretow i niedpopuszczenie ich w glab ujscia rzeki - do miasta.

Akurat w trakcie naszych odwiedzin odbywal sie pokaz strzelania z duzego dziala, trwajacy okolo 15 minut. 6 wolontariuszy dosc szczegolowo odtwarzalo procedure corocznego sprawdzania dziala, zakonczona wystrzeleniem pocisku. Dzieciaki byly zachwycone!

Potem jeszcze na chwilke zeszlismy nad morze - tuz obok zamku jest malenka zatoczka, gdzie mozna pobrodzic w morskiej wodzie i niestety trzeba bylo wracac...

A tu widok z dolnego zamku na umocnienia artyleryjskie:


Dartmouth znajduje sie na angielskiej Rivierze, byc moze dzieki temu dopisala nam pogoda, moze nie bylo upalu, ale za to swiecilo piekne slonce. Dobrze, bo Wells powitalo nas tradycyjna juz mzawka...

00:36, witch.abroad , turystyka
Link Komentarze (1) »
Rocznica
W sobote minal rok odkad mieszkam w Somerset. Czy zaluje decyzji o wyjezdzie? na razie zdecydowanie nie...
Chcialam mieszkac w Somerset odkad przyjechalam tu 7 lat temu, zobaczyc na wlasne oczy Glastonbury i Vale of Avalon. Wtedy byly to marzenia wlasciwie niemozliwe do zrealizowania... Podczas drugiej naszej wizyty tutaj - troszke ponad 4 lata temu zakochalismy sie w tych okolicach jeszcze bardziej. Ale wciaz wydawalo mi sie, ze jednak nie moge rzucic Krakowa, mojej pracy w ksiegarni... Potem przez dwa lata pojezdzilam po Europie z Holiday on Ice w ktorym pracowal moj maz i okazalo sie, ze jednak da sie mieszkac poza Krakowem... Powrot do polskiej rzeczywistosci byl dla mnie trudny...
A zima zeszlego roku postanowilismy, ze czas rzucic Holiday i zaczac mieszkac "jak ludzie". Wiedzielismy, ze w PL moj maz nie bardzo ma czego szukac - jako spec od oswietlenia scenicznego moglby w sezonie pracowac na czarno, a poza sezonem wydawac oszczednosci... Wogole z praca dla niego bylo marnie. Zaczal sie rozgladac za zajeciem w UK albo Irlandii i szczesliwym trafem znalazl prace w Somerset wlasnie - zostal elektrykiem w duzej firmie obejmujacej swoim zasiegiem caly poludniowy zachod wyspy. Nie jest to szczyt jego ambicji, wymienianie zarowek czy naprawa bezpiecznikow, ale na poczatek dobre i to...
Co mi sie tu podoba? Krajobrazy, zdecydowanie tak. Anglia jest sliczna, moje Wells tez.
To, ze z 1,5 pensji wystarcza na wynajecie domku z ogrodkiem i utrzymanie 4 osobowej rodziny. To, ze z okna tego domku moge patrzec na Glastonbury Tor, a z drugiego - na nasza katedre. To, ze za troszke ponad godzine pracy moge kupic sobie nowego paperbacka, a jak sie trafi dobra promocja - to i nowego hardcovera :wink: To, ze nie musze sie zastanawiac, czy jak sobie te ksiazke kupie, to mi wystarczy do pierwszego... To, ze moje starsze dziecko wreszcie zlapalo czytelniczego bakcyla - na razie tylko po polsku, ale mam nadzieje, ze po angieslku tez zacznie. To, ze moge tanczyc moje ukochane szkockie tance dworskie i nie musze sie meczyc z irlandzkimi przy okazji :wink: . Lubie Anglikow, zwlaszcza to starsze pokolenie. Lubie moja prace w 'prawie' ksiegarni, bo wreszcie mam poczucie, ze ktos docenia to, co robie i szef sie cieszy jak chce sie uczyc nowych rzeczy...
Za czym tesknie? Za polskimi ksiazkami, kiedy pracowalam w Polsce bylam na biezaco z nowosciami (nie do konca legalnie, czasem na zasadzie czytania w kasie jak ruchu nie bylo...) i za moim rudym kotem, ktorego musialam zostawic pod opieka siostry... I wiem, ze to zabrzmi okropnie, ale w zasadzie to tyle... Ze znajomymi w Polsce i tak kontaktowalam sie glownie przez net, na wyjscia nie mialam czasu/kasy/opieki nad Kat, za domem rodzinnym - tez nie bardzo (4 dorosle baby pod jednym dachem to maly horror, a na to zeby mieszkac osobno w Krakowie nie bylo nas stac...)
Na pewno nie tesknie za polska zima, w tym roku nie widzialam nawet platka sniegu a mroz do -3 stopni to bylo tutaj maximum. Za to w kolko pada, ale mozna sie do tego przyzwyczaic - przynajmniej ma sie temat do rozmowy :twisted:
Wiem, ze tutaj najprawdopodobniej nigdy nie bedzie nas stac na kupno wlasnego domu, a w Polsce mamy duza dzialke - moze kiedys na starosc wrocimy? Na razie jednak na pewno zostaniemy tutaj...
00:09, witch.abroad , rozne
Link Komentarze (3) »
piątek, 20 lipca 2007
pada, czyli limit slonca na ten tydzien juz wyczerpany...
Jeszcze w srode mialam nadzieje na sloneczny weekend. Naiwna kobieta!!! Nie nauczylam sie jeszcze, ze w prognozy pogody nie nalezy wierzyc...
W kazdym razie srodowe popoludnie spedzilam z Kat w parku, posiedzialam na sloneczku, powytwarzalam sobie witamine D i ogolnie poprawilam sobie samopoczucie. Na krotko - w nocy zaczelo padac i z mniejszymi lub wiekszymi przerwami pada do tej pory... Pod wplywem ciezaru wody przewrocily mi sie patyki wspierajace groszki pachnace w moim ogrodzie. Nie mam jak ich postawic z powrotem, bo ziemia sie 'rozblocila' naokolo :(, sprobuje je przymocowac do plotu jak przestanie padac...
W srode w parku poznalam nastoletnia polska dziewczynke. Okazalo sie, ze moj syn zna ja juz od dawna, opowiadal nam o niej kilkakrotnie. Mama owej dziewczynki i jej partner sprowadzili sie do Anglii kilka miesiecy temu. Przyjechali w ciemno, tak przynajmniej wynika z opowiadan (glupio mi bylo wypytywac szczerze mowiac). Przez pierwszych kilka tygodni mieszkali we trojke w samochodzie!!! Dorosli w dzien szukali pracy, dziecko pilnowalo auta.
Teraz udalo im sie wynajac pokoj i znalezc prace na nocnej zmianie a mala dalej sie wloczy samopas. Do szkoly nie chodzi, podejrzewam, ze nie maja zadnego dokumentu potwierdzajacego adres, a bez tego do szkoly zapisac sie nie da... Zaprosilam ja do nas, moje dzieciaki maja towarzystwo a i ona nie musi sie snuc po miescie...
Swoja droga nie wiem jak zdesperowana musialabym byc, zeby zabrac dziecko i pojechac w nieznane, nie majac ani domu, ani pracy... Zabraklo im wyobrazni? Ja w sumie tez pojechalam troszke w ciemno, ale mialam nagrany dom, maz mial prace, moze nie kokosy ale z jednej pensji tez sie dalo utrzymac; wiedzialam, ze dach nad glowa bedziemy miec zapewniony i z glodu nie umrzemy... A praca dla mnie znalazla sie sama, dostalam ja w zasadzie od reki jak tylko Kat poszla do szkoly, co prawda kokosow nie zarabiam, ale za to w godzinach dogodnych (czyli w czasie jak mala jest w szkole...)
Dzis wyjatkowo popracuje w nocy bo mamy premiere Harry'ego Pottera ;) ale tylko godzinke...
20:50, witch.abroad , rozne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lipca 2007
Wiele halasu w malym teatrzyku czyli Wiedzma sie ukulturalnia :)
Kolezanka z pracy mojego malzonka w ramach zabijania czasu wolnego przylaczyla sie razem ze swoim chlopakiem do naszego lokalnego amatorskiego teatru. W zeszlym tygodniu wystawiali Wiele Halasu o Nic Szekspira, wiec postanowilismy sie z Wlodkiem wybrac i zobaczyc Sare i Guya na scenie.
Na poczatku - zdziwienie Wlodka, ze kasa w amatorskim teatrze jest tak profesjonalna - komputery itd. Akurat to mnie bardzo nie zaskoczylo, w koncu komputer to dzis norma...
Wciaz nie moge sie przyzwyczaic do tutejszej wiary w uczciwosc ludzi - szatnia bez numerkow praktycznie w kazdym muzeum. Podobnie bylo i tu, kazdy wieszal plaszcz na ogolnie dostepnym wieszaku i odstawial parasol pod sciane (pogoda niestety brytyjska - deszczyk i niezbyt cieplo, choc to polowa lipca!).
Widownia w teatrze niewielka, zaledwie 170 foteli, ale widzow - prawie komplet. Pare znajomych twarzy - troche klientow z pracy, troche z kosciola - Wells jest male i w zasadzie po roku (no prawie roku) mieszkania tutaj zaczynamy stanowic czesc lokalnej spolecznosci...
Sztuka bardzo nam sie podobala, Szekspir potraktowany raczej tradycyjnie - z niewielkim przymruzeniem oka. Swietne kreacje aktorskie - az sie momentami nie chcialo wierzyc, ze to amatorzy! Fantastyczna Beatrice - moja faworytka w kategorii "najlepsza rola zenska". Wsrod rol meskich nie moglam sie tak od razu zdecydowac, wlasciwie wszystkie glowne role meskie byly znakomite. No moze z wyjatkiem Claudia, ktory jakos niezbyt mnie zachwycil... Za to Guy w roli wiecznie podpitego Boraccia - rewelacja!!!
Podsumowujac - duze zaskoczenie in plus. Cala zaloga teatru (aktorzy i obsluga techniczna, wliczajac w to panie podajace kawe) to wolontariusze, ale mimo tego teatr jest prowadzony bardzo profesjonalnie. Wszyscy bardzo zaangazowani w to, co robia, ale swietnie sie przy tym bawia. I tylko taka smutna refleksja na koncu- dlaczego takie inicjatywy nie moga zadzialac w Polsce? Dlaczego Polacy nie potrafia jakos zaangazowac sie w robienie czegos dla innych? Wlodek pochodzi z miejscowosci porownywalnej wielkoscia z Wells - i tam po pierwsze nikomu by sie nie chcialo bawic w robienie teatru, a po drugie nikomu by sie nie chcialo zaplacic rownowartosci 1,5 paczki papierosow, zeby ten teatr ogladac... przykre to, prawda?
18:53, witch.abroad , rozne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 lipca 2007
Charlton Mackrell
Bylismy wczoraj z Shirley, Brianem i Dave'm na tancach w tej miejscowosci o dziwnej nazwie. Wioska malenka, ciezko znalezc na mapie. Zadne z nas nie tanczylo wczesniej w tej grupie. Poziom - raczej poczatkujacy niz zaawansowany. Na dodatek nie bylo ich stalej nauczycielki, tylko John z Woolavington, ktory sprawial wrazenie jakby skrepowanego...Bylo calkiem milo, choc nie tanczylam zbyt wiele - nie bylo wystarczajacej ilosci osob na dwa sety a John sie nie odwazyl zrobic dwoj setow po trzy pary - a szkoda... Inna rzecz, ze czesc osob moglaby sobie z tym nie poradzic...
19:43, witch.abroad , SCD
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 lipca 2007
tance
Poniewaz sezon teoretycznie sie skonczyl i nasze lokalne kluby (Cheddar i Wookey) maja wakacyjna przerwe, Brian zabral sie za szukanie innych mozliwosci. I okazalo sie, ze bywaly tygodnie, ze moglismy jezdzic na tance niemalze codziennie!!!
W poniedzialki - do Uphill, duza grupa, czasem i 5 setow - i duzo znajomych z "naszych" klubow. Bardzo dobra podloga - kto kiedys tanczyl w baletkach, to wie o co chodzi... Z nimi tanczylismy do poczatku czerwca...
Co drugi wtorek - Woolavington. Troche daleko, za to nie maja przerwy wakacyjnej. Grupa bardzo rozgadana, niektorzy przychodza bardziej pogadac niz potanczyc. Podloga - jak wyzej :)
Srody - Taunton. To chyba najliczniejsza grupa w Somerset. Ostatnio bylo 8 pelnych setow. Duzo skomplikowanych tancow, mozna sie sporo nauczyc, wielu zaawansowanych tancerzy. Tu sie nie traci czasu na ploteczki, mam wrazenie, ze tradycyjna przerwa na herbatke jest krotsza niz gdzie indziej...
W czwartki jezdzilismy do Somerton. RSCDS branch advanced class. To mowi samo za siebie. Na poczatku czulam sie troszke dziwnie - sami nauczyciele i bardzo zaawansowani tancerze i do tego ja... Ale okazuje sie, ze szkola comhlanowa jest na RSCDSowym poziomie i wcale nie odbiegam poziomem od grupy... Lubie te zajecia, bo klada duzy nacisk na technike - inne kluby traktuja ten aspekt troche po macoszemu, a jednak tego po jakims czasie brakuje - fajnie jest potanczyc rozrywkowo, ale czasem trzeba popracowac nad wykonaniem :) Niestety - przerwa wakacyjna zaczela sie tydzien temu :(
W piatki, soboty i niedziele mielismy wolne ;) choc raz zdarzyla sie wspaniala okazja zeby potanczyc - 60 urodziny Grahama z Bristolu, bardzo mile tance przy herbatce :)

Brian prowadzi nasz pokaz dla WI w Litton


A tu reprezentacja Wells & Wookey Scottish Dancers na tymze pokazie. Figura,  ktora wykonujemy, nazywa sie Grand Chain.
18:21, witch.abroad , SCD
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 lipca 2007
A wracajac do pogody...
lipiec zapowiadaja rownie deszczowy jak czerwiec... Nie powiem, zebym byla zachwycona... Choc nie wiem, czy wolalabym zeszloroczne upaly? Ale chcialabym czegos posredniego - troche slonca i troche chmurek - a nie ze skrajnosci w skrajnosc!

Z drugiej strony - jak leje to mam czas na blogowanie...
19:44, witch.abroad , rozne
Link Komentarze (2) »
Dlaczego unikac Bridgwater???
W jednym z ostatnich numerow naszej lokalnej gazety trafilam na taki test:

Ubawilo mnie to szalenie. Mimo, ze nie lapie wszystkich lokalnych smaczkow. Jeszcze. Ale moge powiedziec o sobie, ze jestem mieszkanka Somersetu w jakichs 60 procentach ;). Chociaz mieszkam tu dopiero od roku...
Aha. Dlugo nie wiedzialam, dlaczego unikac Bridgwater. Kolezanka mi wytlumaczyla :)

Dlatego, ze Bridgwater to taki tutejszy Wachock - opowiada sie o nim niezbyt wybredne dowcipy - ale zadnego jeszcze nie slyszalam...
19:41, witch.abroad , rozne
Link Komentarze (4) »
czwartek, 28 czerwca 2007
ogrod biskupa

Najladniejsze miejsce do spedzania wolnego czasu w Wells. Cisza, spokoj, woda... Wykupilam sezonowy bilet, zaluje tylko, ze nie zrobilam tego zaraz po otwarciu sezonu, tylko zwlekalam do polowy maja. No i niestety pogoda nienajlepsza do cieszenia sie przyroda ostatnimi czasy (choc przyroda pewnie sie cieszy z deszczu, ale co za duzo to niezdrowo!)

11:25, witch.abroad , turystyka
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5