Kategorie: Wszystkie | SCD | Wells | rozne | turystyka
RSS
piątek, 24 sierpnia 2007
Zwariowany weekend w Kornwalii
W przedostatni weekend, jeszcze za pobytu mojej siostry, wybralismy sie na blyskawiczny objazd Kornwalii. Na pierwszy ogien poszedl Tintagel, miejsce poczecia i narodzin krola Artura:

Sliczna zatoczka u podnoza zamku. Niestety zabraklo czasu, zeby choc na chwile zejsc na plaze.

Urwiste, niegoscinne wybrzeze Kornwalii...

Zamek musial byc rzeczywiscie nie do zdobycia. Nic dziwnego, ze Uther Pendragon musial uciec sie do podstepu, by dostac sie do Igraine.

Nie do zdobycia musiala byc zwlaszcza ta czesc twierdzy, otoczony morzem polwysep, polaczony ze stalym ladem najezonymi skalamy waskim przejsciem, wejscie do zamku wylacznie przez zwodzony most (teraz turysci mozolnie wspinaja sie po stromych schodach)

Grota Merlina. Na wejscie do niej zabraklo nam niestety czasu...

A oto wlasnie schody do zamku.

Z Tintagelu pojechalismy do - a jakze - Muzeum Czarownic w pobliskim Boscastle. Fascynujaca ekspozycja prezentujaca historie czarownictwa i rozne jej aspekty, magia biala, czasna i zielona, jasnowidzenie, magia ochronna a nawet satanizm. Rzecz szalenie ciekawa, jak ktos sie interesuje tematem.


Truro - w sumie wpadlismy tam na moment, zeby zobaczyc (i 'odhaczyc') kolejna angielska katedre. Ta w Truro jest prawie wspolczesna, wiec na pewno nie wpisze jej na liste moich ulubionych ;). I niespodzianka - trafilismy na wieczorne nabozenstwo spiewane przez chor katedralny z naszej katedry w Wells!!!

Z Truro pojechalismy prosto do Penzance, gdzie mielismy zaklepany nocleg. No moze nie tak calkiem prosto, bo po drodze popatrzylismy na St Michael's Mount, gdzie planowalismy wybrac sie dnia nastepnego. Zostawilismy rzeczy w bardzo sympatycznym B&B (tutaj, trudno, niech bedzie kryptoreklama, warto!) i poszlismy 'na miasto' - przy czym dodam, ze bylo to pierwsze wspolne, wieczorne wyjscie do pubu (moje i mojego malego zonka) odkad mieszkamy w Anglii. Pozdrowienia dla pani z nocnego baru z frytkami!

Nam przypadl pokoj z lazienka, dziewczyny za to mialy kota ;)

Nasz B&B bardzo zacny, rano dostalismy ogromne angielskie sniadanie (wersja wegetarianska tez byla!) a wlascicielka pozyczyla nam swoje karty czlonkowskie do NT dzieki czemu wydalismy polowe mniej na bilety do St Michael's Mount.
Lat temu kilka bylismy na francuskiej Mount St Michel, angielska wersja wyspy jest jednak calkowicie inna:

Przyplyw

Odplyw

Francuska wyspa jest calkowicie zabudowana, angielska wrecz przeciwnie, wieksza czesc jej powierzchni zajmuja krajobrazowe ogrody. Swietnie widac je z tarasow zamku

Na koniec nie moglam odmowic sobie spaceru po plazy


Potem szybki przejazd przez Penzance (glownie w celu oddania kart NT) i wyprawa na Land's End


Skaliste wysepki z latarnia morska. Na horyzoncie widac jeszcze Isles of Scilly, niestety na zdjeciu nie wyszly...

Klify.

Wrzosowiska i sliczne pomaranczowe kwiaty, ktore widzialam tylko w Kornwalii.

Wrzosowiska raz jeszcze. Zapach wrzosow i macierzanki w upale jest nie do opisania!!!

Szkoda tylko, ze tak piekne miejsce zeszpecono kompleksem do obslugi turystow... Moglo by sie obejsc bez tych zabudowan...

Z Land's End musielismy z zalem jechac do domu, i ja i Wlo w poniedzialek musielismy isc do pracy, a Kornwalia jest jednak kawalek od naszego Somerset... Ale zdecydowalismy sie na jazde wzdluz wybrzeza, szalenie malownicza droga B3306, az do Newquay. Mialam nadzieje, ze uda nam sie zobaczyc jeszcze slynny menhir Men-an-Tol

ale niestety nie zjechalismy w odpowiednim miejscu i kornwalijskie megality musimy zostawic na nastepny raz...
Dodam tylko, ze nie sprobowalam slynnych cornish pastry (tu pozdrowienia dla chlopcow z Land's End, niestety nie mieli wersji wegetarianskiej), mam nadzieje, ze uda mi sie przy nastepnej okazji!

10:01, witch.abroad , turystyka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Mimo tego, ze...
 dzieci nie ma w domu (juz ponad dwa tygodnie - powoli zaczynam za nimi tesknic...), to czasu jakos brakuje, zeby przy kompie posiedziec...
Moze sie po poludniu zmobilizuje, bo teraz czas do pracy.
09:49, witch.abroad , rozne
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 sierpnia 2007
Znow w domu

W sobote wrocilismy do Anglii po tygodnoiwym urlopie w Polsce. Fajnie bylo zobaczyc stare katy, ale ciesze sie, ze jestem z powrotem w domu...
Pobyt w Polsce byl na wariackich papierach. Zaczelo sie od tego, ze postanowilismy pojechac tam autem. Dobrze, ze volvo jest wygodne, bo inaczej nie wiem jak bysmy te jazde wytrzymali. 26 godzin w strugach deszczu. Padalo od Bristolu az do polskiej granicy - gdzie dla odmiany zaczely sie korki. W Krakowie bylismy wieczorem - padneci i nieprzytomni, tylko dzieci od razu nabraly sil i uciekly do znajomych.
W niedziele wizyta u rodzicow Wlo, milo i sympatycznie.
A od poniedzialku - zabawa! Najpierw dentysta dla Wlo, potem robienie zdjec paszportowych dla Kat i Marcina, likwidowanie konta w banku i cale popoludnie spedzone u okulisty. Oczywiscie szkla do wymiany, Wlo tez sie doczekal swoich pierwszych okularow korekcyjnych. Wieczorem dentysta - tym razem dla mnie. Trafilam na jakas straszliwa dentystke, co nie dosc ze do mnie "dziubdziala" jak do malej dziewczynki, to jeszcze wygladala jak czarownica z ogromna brodawka na wardze, a na dodatek wiercila bez znieczulenia czego nie cierpie i uszkodzila mi chyba szkliwo na zebie obok. Jak polece we wrzesniu po dzieci o musze to skontrolowac, ale na pewno nie u tej pani...
Wtorkowy poranek spedzilismy w Biurze Paszportowym, o dziwo nie bylo duzej kolejki, ale swoje odstalismy... Potem troche jezdzenia po miescie i zalatwiania roznych spraw, po poludniu zawiezlismy kuzynke na operacje kolana i wreszcie troszke luzu. W srode - przedpoludnie spedzone z pania od naszych licznych ubezpieczen emerytalnych. Czesc skasowalismy, czesc zmienilismy na inne, zobaczymy co z tego finalnie wyjdzie... Popoludnie - towarzyskie - wpadlam do bylej pracy, jednej i drugiej, kupilam duzo ksiazek, pogadalam... Wieczorem piwko ze znajomymi a Wlo - ryby z tesciuniem :)
Czwartek zmeczyl nas chyba najbardziej - odebrac nowe okulary i nowe szkockie baletki (okazuje sie, ze jednak w Krakowie lepsze :) Szczerze mowiac wole wydac rownowartosc 20 funtow na ghillies robione na miare w Akcesie niz 25 za byleco u Briana...), potem jeszcze jedna wizyta u pani od ubepieczen, szybkie zakupy i wizyta u tesciow... Pakowanie...
W piatek zamiast dzieci zabralismy do autka moja sis i nasza przyjaciolke z pracy i ruszylismy do domu. Nocleg w Hilversum pod Amsterdamem u przyjaciol z HoI.
A w sobote zdazylismy po drodze zrobic zakupy spozywcze we Francji, przez tych pare lat zdazylam zapomniec ile mozna u nich wspanialego jedzenia kupic... I lepiej nie porownywac francuskich sklepow z angielskimi...
Podczas przeprawy promowej mozna sie bylo poopalac, klify Dover lsnily oslepiajaco w slonecznym blasku. Brytania powitala nas upalem i piekna pogoda - juz zapomnialam jak pieknie tu jest gdy swieci slonko :)
Ale zeby nie bylo za dobrze - pierwszy deszczyk pojawil sie w niedziele, a dzis pogoda wrocila do przedwakacyjnej normy...
Dzieci w domu nie ma, cisza, spokoj i ogolnie luzik. W pracy spedzac wiecej godzin - sprzatam po osobach, ktore mnie zastepowaly, juz drugi dzien - i dalej trafiam na biografie wsuniete na polke z fikcja... i przewodniki brytyjskie powkladane ladnie do tych 'zamorskich'... Wrrrr!
Ale i tak dobrze byc w domu...

Biale klify Dover. Nie widzialam ich dobre 7 lat...Wtedy nawet nie osmielalam sie marzyc, ze Albion zostanie kiedys "moja" wyspa...
19:44, witch.abroad , rozne
Link Dodaj komentarz »